Sto­wa­rzy­sze­nie Inte­gra­cyj­ne Osób Nie­peł­no­spraw­nych Rucho­wo „My też Potra­fi­my” — rela­cja z wyciecz­ki po Polsce

Wypra­wa do inte­re­su­ją­cych miejsc Polski

Minął rok, nasta­ło lato i przy­szła pora na nową wyciecz­kę. Dzię­ki dofi­nan­so­wa­niu z PFRON, człon­ko­wie nasze­go Sto­wa­rzy­sze­nia Inte­gra­cyj­ne­go Osób Nie­peł­no­spraw­nych Rucho­wo „My też Potra­fi­my” kolej­ny raz mogli zwie­dzać cie­ka­we zakąt­ki nasze­go kra­ju. Wraz z oso­ba­mi nie­peł­no­spraw­ny­mi (w tym 3 oso­by na wóz­kach) poje­cha­li ich opie­ku­no­wie, przy­ja­cie­le ze Sto­wa­rzy­sze­nia i wolontariusze.

Gdy już wszy­scy zapa­ko­wa­li­śmy się do auto­ka­ru, w wyśmie­ni­tych humo­rach wyru­szy­li­śmy na poszu­ki­wa­nie przy­go­dy i inte­re­su­ją­cych szcze­gó­łów z histo­rii nasze­go kraju.

W pierw­szy dzień naszej wyciecz­ki wstą­pi­li­śmy do Kór­ni­ka, gdzie z panią prze­wod­nik zwie­dzi­li­śmy zabyt­ko­wy zamek, któ­re­go począt­ki się­ga­ją śre­dnio­wie­cza. Pierw­sza budow­la obron­na w for­mie wie­ży zosta­ła wznie­sio­na w XIV w. z ini­cja­ty­wy poznań­skie­go bisku­pa Miko­ła­ja z Kór­ni­ka. Dostęp do zam­ku był moż­li­wy przez most zwo­dzo­ny oraz opusz­cza­ną kutą kra­tę. Do dziś z tego okre­su zacho­wa­ły się sta­re mury i piw­ni­ce obiek­tu. Wła­śnie przez piw­ni­ce, w któ­rych zosta­ła zain­sta­lo­wa­na win­da, mogli­śmy dostać się na pię­tra zam­ku. Obec­nie w zam­ku mie­ści się muzeum z wie­lo­ma eks­po­na­ta­mi, a w jed­nej z sal na ścia­nie wisi nama­lo­wa­ny przez A. Pesne por­tret Teo­fi­li z Dzia­łyń­skich Szoł­dr­skiej — Potu­lic­kiej (1714–1790) w bia­łej suk­ni, któ­ry dał począ­tek legen­dzie o Bia­łej Damie – jed­nym z naj­słyn­niej­szych duchów w pol­skich zamkach.

Z Kór­ni­ka poje­cha­li­śmy do Gnie­zna będą­ce­go pierw­szą sto­li­cą pań­stwa pol­skie­go. Zwie­dzi­li­śmy tam Bazy­li­kę Pry­ma­sow­ską Wnie­bo­wzię­cia NMP znaj­du­ją­cą się na Wzgó­rzu Lecha (do wnę­trza moż­na się dostać jed­nym bocz­nym wej­ściem, gdzie nie ma scho­dów). Pierw­sza chrze­ści­jań­ska świą­ty­nia zosta­ła ufun­do­wa­na za życia Miesz­ka I. Według Jana Dłu­go­sza fun­da­tor­ką mia­ła być Dąbrów­ka, pocho­wa­na tu w 977 r. Jest to też miej­sce pochów­ku świę­te­go Woj­cie­cha — patro­na mia­sta, Pol­ski i Euro­py oraz miej­sce pię­ciu koro­na­cji kró­lew­skich. W 1025 r. w kate­drze na kró­la koro­no­wał się Bole­sław Chro­bry, a po jego śmier­ci syn Miesz­ko II Lam­bert, w 1076 r. Bole­sław II Szczo­dry, w 1295 r. odby­ła się przed­ostat­nia koro­na­cja księ­cia Prze­my­sła­wa II, a w 1300 r. koro­no­wał się Wacław II Cze­ski. W 1000 r. w Gnieź­nie odbył się zjazd gnieź­nień­ski, na któ­rym przy­by­ły cesarz Otton III wraz księ­ciem Pol­ski Bole­sła­wem Chro­brym oma­wia­li pla­ny utwo­rze­nia wspól­ne­go kró­le­stwa Nie­miec, Fran­cji, Rzy­mu, Anglii i Państw Sło­wiań­skich. A w 1358 r. w mie­ście gościł król Kazi­mierz Wiel­ki, któ­ry przy­czy­nił się do roz­bu­do­wy Gniezna.

W kate­drze mie­li­śmy dwie panie prze­wod­nicz­ki. Pierw­sza opo­wia­da­ła nam o ufun­do­wa­nych ok. 1175 r. słyn­nych, wyko­na­nych z brą­zu Drzwiach Gnieź­nień­skich przed­sta­wia­ją­cych histo­rię żywo­ta św. Woj­cie­cha. Dru­ga przy­bli­ży­ła nam histo­rię bazyliki.

Po zwie­dza­niu prze­szli­śmy na odpo­czy­nek do cukier­ni, gdzie były super pysz­ne jagodzianki.

Ostat­nim, głów­nym celem naszej wyciecz­ki i zakwa­te­ro­wa­nia była Byd­goszcz — naj­więk­sze mia­sto woje­wódz­twa kujaw­sko-pomor­skie­go poło­żo­ne nad rze­ką Brdą, któ­re­mu w 1346 r. Kazi­mierz Wiel­ki nadał pra­wa miej­skie. Hotel posia­da jedy­nie dwa poko­je z łazien­ka­mi dosto­so­wa­ny­mi dla osób nie­peł­no­spraw­nych, ale w zwy­kłej łazien­ce też moż­na było zmie­ścić się wózkiem.

W dru­gi dzień po śnia­da­niu wyru­szy­li­śmy na spo­tka­nie z miłym panem prze­wod­ni­kiem, któ­ry poka­zy­wał nam inte­re­su­ją­ce pomni­ki i budow­le, opo­wia­da­jąc o histo­rii mia­sta. Mia­sto posia­da ład­ną Sta­rów­kę, XIX-wiecz­ną zabu­do­wę z okre­su „bel­le epo­que”, trzy gotyc­kie kościo­ły, byłe kole­gium jezu­ic­kie, kil­ka sza­chul­co­wych spi­chle­rzy, ład­ne budyn­ki i kamie­ni­ce. Pod­sta­wo­wym walo­rem Byd­gosz­czy są jed­nak: rze­ki, kana­ły, budow­le hydro­tech­nicz­ne, bul­wa­ry i nabrzeża.

Przez most sta­ro­miej­ski prze­szli­śmy na Wyspę Młyń­ską, gdzie w 1541 r. znaj­do­wa­ły się napę­dza­ne pię­cio­ma koła­mi wodą z Mły­nów­ki mły­ny sta­ro­ściń­skie oraz młyn tar­tak. Teraz są tu kawiar­nie, winiar­nie oraz byd­go­ska warzel­nia piwa. Histo­rycz­ne cen­trum mia­sta (Sta­ry Rynek) znaj­du­je się dokład­nie na 18. połu­dni­ku dłu­go­ści geo­gra­ficz­nej wschod­niej. Po zwie­dza­niu pły­nę­li­śmy sta­tecz­ka­mi po Brdzie (opie­ku­no­wie i zało­ga poma­ga­li dostać się na pokład). W Brdy ujściu w Byd­gosz­czy zaczy­na się Kanał Byd­go­ski zbu­do­wa­ny w latach 1773–74 – sztucz­na dro­ga wod­na łączą­ca Wisłę i Odrę poprzez ich dopły­wy. Jak zwy­kle widok mia­sta od stro­ny rze­ki jest zupeł­nie inny i dopeł­nia wyobra­że­nie o miejscu.

W trze­cim dniu, po wymel­do­wa­niu z hote­lu, ponow­nie poszli­śmy pro­me­na­dą wzdłuż rze­ki do Muzeum Mydła i Histo­rii Bru­du {muzeum posia­da krót­kie szy­ny do wjaz­du po paru schod­kach). To jedy­ne takie muzeum w Pol­sce i jed­no z nie­licz­nych w Euro­pie. Sym­pa­tycz­na i weso­ła pani prze­wod­nik opo­wie­dzia­ła nam cie­ka­wost­ki o higie­nie oso­bi­stej od sta­ro­żyt­no­ści, przez śre­dnio­wie­cze, aż do cza­sów współ­cze­snych. W muze­al­nym labo­ra­to­rium każ­dy z nas wła­sno­ręcz­nie wyko­nał deko­ra­cyj­ne mydeł­ko, któ­re zabra­li­śmy z sobą na pamiątkę.

Zakoń­cze­niem wyciecz­ki był obiad i spa­cer przez most sta­ro­miej­ski i Rynek, gdzie pod­je­chał po nas autokar.

Wra­ca­li­śmy peł­ni wra­żeń i w dobrych humo­rach, choć moc­no zmę­cze­ni, ponie­waż upał dał nam się we zna­ki (tra­fi­li­śmy na naj­go­ręt­sze dni). Jed­nak szczę­śli­wie jakoś zdro­wie i kon­dy­cja (dzię­ki rodzi­nom i oso­bom wspo­ma­ga­ją­cym) nas nie zawio­dły. Uczest­ni­cy uzna­li wyciecz­kę za bar­dzo inte­re­su­ją­cą i spraw­nie zor­ga­ni­zo­wa­ną. Zawdzię­cza­my to głów­nie wiel­kiej pra­cy, zaan­ga­żo­wa­niu oraz doświad­cze­niu — wice­pre­ze­so­wi nasze­go Sto­wa­rzy­sze­nia Kole­dze Andrze­jo­wi, któ­ry w cało­ści i szcze­gó­ło­wo opra­co­wał pro­gram, by było mak­sy­mal­nie aktyw­nie i super cie­ka­wie, ale nie za bar­dzo męczą­co. Wszy­scy pil­no­wa­li się, żeby się nie zgu­bić i poma­ga­li sobie nawza­jem. Mimo roz­ma­itych trud­no­ści sta­ra­my się mak­sy­mal­nie wyko­rzy­stać czas, bowiem takich oka­zji nie mamy zbyt wie­lu. Jed­nak odczu­wa­my słab­szą for­mę ogól­ną, a o pomoc­ni­ków-wolon­ta­riu­szy bar­dzo trudno.

No cóż…  tem­pus fugit… nic na to nie pora­dzi­my, ale… póki co… JEST FAJNIE!

Iwo­na Gucwa