Dwa poprzednie artykuły mówiące o przygodach z naszymi braćmi mniejszymi jak widać zainteresowały naszych czytelników, bo oto pojawił się kolejny sygnał, tym razem z Cieplic. Oto pani Joanna — przed kilku laty owdowiała, dzieci są daleko za granicą — w dużym, jednorodzinnym domu z ogrodem zamieszkała sama. Może nie sama, ale w towarzystwie kota, który chodził swoimi drogami, kundelka Misi i dorodnego owczarka górskiego, który wabił się Łajt, bo był biały. Niska renta pani Joanny spowodowała, że dom i gospodarstwo musiało zostać sprzedane. Pojawili się nowi nabywcy, ale nie chcieli wziąć pozornie groźnego dużego Łajta. Był to czas, kiedy głośno było o pogryzieniu dzieci przez domowe psy, a nowi właściciele mieli dwoje kilkuletnich dzieciaczków. Nikt też z sąsiadów nie chciał przytulić ośmioletniego Łajta, bo pies groźnie reagował na obcych. Rada w radę z weterynarzem ustalono, że psa trzeba uśpić. Kiedy pani Joanna przyszła na przekazanie reszty majątku, przywiozła ze sobą weterynarza, Łajt był na uwięzi przy garażu, a kiedy został odpięty i został przyprowadzony do weterynarza, nowa gospodyni stojąc na ganku powiedziała – „niech pani puści tego psa”. Wtedy zwierzę rzuciło się do nowych właścicieli, zaczęło lizać nową gospodynię po rękach i położyło się u stóp również zapłakanych dzieciaków. Właściwie wszyscy płakali z radości, że tak szczęśliwie się ta historia zakończyła. Potem jak pani Joanna przechodziła na spacer z Misią obok swego byłego domu, Łajt rzucał się z obnażonymi kłami do płotu i nie było mowy aby go pogłaskać…
Czy zwierzęta potrafią intuicyjnie rozpoznawać ludzkie intencje?