Z powo­dzią naj­czę­ściej toną nadzieje

Ostat­nie donie­sie­nia z Nepa­lu przy­tło­czy­ły naszą świa­do­mość o nie­wy­obra­żal­nej sile natu­ry. Zawsze w takich sytu­acjach podzi­wia­my tak­że zespo­ły ratow­ni­cze nie­li­czą­ce się z cza­sem, pie­niędz­mi i wła­snym bez­pie­czeń­stwem dla rato­wa­nia innych. Tym bar­dziej zabo­la­ła nas infor­ma­cja o afe­rze popo­wo­dzio­wej, któ­ra dotknę­ła Kotli­nę Jele­nio­gór­ską. Wła­ści­wie miej­sco­wy sta­ro­sta rek­tor Kar­ko­no­skiej Aka­de­mii Nauk Sto­so­wa­nych, sze­fo­wa Muzeum Kar­ko­no­skie­go i jesz­cze paru­na­stu innych insty­tu­cji z przy­miot­ni­kiem „kar­ko­no­skie”, po tej afe­rze powin­ny mieć kaca, jaki wyni­ka z nazwy „kar­ko­no­skie”. To dzi­siaj jest już zepsu­ta mar­ka. I solid­nie trze­ba będzie się natru­dzić, aby ją odbu­do­wać.  Dziś „kar­ko­no­skie” koja­rzy się z chci­wo­ścią przed­się­bior­ców, nie­uczci­wo­ścią urzęd­ni­ków i samo­rzą­dow­ców. Takie­go kaca mamy rów­nież w Kar­ko­no­skim Sej­mi­ku Osób Nie­peł­no­spraw­nych, orga­ni­za­cji, któ­ra od 25 lat wspie­ra senio­rów i oso­by ze spe­cjal­ny­mi potrze­ba­mi. Kac pomno­żo­ny przez obu­rze­nie, bo oto w cza­sie ostat­niej powo­dzi we wrze­śniu 2024 roku sie­dzi­ba KSON‑u przy ul. Osie­dle Robot­ni­cze 47A, uto­nę­ła w metro­wej war­stwie powo­dzio­wej wody i bło­ta. Była to już trze­cia po kolei od 2010 roku nasza przy­go­da z wiel­ką wodą i zawsze uda­ło nam się budy­nek ura­to­wać. Tym razem jed­nak znisz­cze­nia były pra­wie stu­pro­cen­to­we. Znisz­cze­niu ule­gły nie tyl­ko pod­ło­gi, futry­ny, tynk, sprzęt elek­tro­nicz­ny, ale rów­nież część doku­men­ta­cji. Na nasz apel o pomoc otwo­rzy­ły się ser­ca i port­fe­le dar­czyń­ców. Jeden z ban­ków wiel­ko­pol­skich doko­nał prze­le­wu znacz­nej kwo­ty na nasze kon­to, a wie­le insty­tu­cji zaopa­try­wa­ło nas w mate­ria­ły dezyn­fe­ku­ją­ce, far­by, ręka­wicz­ki, środ­ki budow­la­ne, wodę mine­ral­ną, któ­re wyko­rzy­sta­li­śmy w cza­sie usu­wa­nia szkód popo­wo­dzio­wych, dzie­ląc się rów­nież nad­wyż­ka­mi z zala­ny­mi przez powódź sąsia­da­mi. Ale przede wszyst­kim ukłon kie­ru­je­my do naszych Wolon­ta­riu­szy, któ­rzy nie bacząc na smród i wyzie­wy z bło­ta nanie­sio­ne­go przez powódź rato­wa­li to co ura­to­wać się jesz­cze dało. W krót­kim też cza­sie, bo już po 3 mie­sią­cach uda­ło się osu­szyć i wyre­mon­to­wać pierw­szą część budyn­ku, a osta­tecz­nie remont zakoń­czy­li­śmy w mar­cu 2025 roku. Do dziś jesz­cze osu­sza­my z wil­go­ci ścia­ny, ale w Sej­mi­ku jest pach­ną­co, czy­sto i przy­jem­nie. Od począt­ku liczy­li­śmy na wspar­cie mia­sta, bo prze­cież Sej­mik funk­cjo­nu­je w budyn­ku sta­no­wią­cym jego wła­sność. Ale scho­dy zaczę­ły się już od zala­ne­go pie­ca i koniecz­no­ści zaku­pu nowe­go, któ­ry zamó­wi­li­śmy, a za któ­ry zarząd gospo­dar­ki komu­nal­nej nie chciał zapła­cić. Potem oka­za­ło się, że zbyt szyb­ko przy­stą­pi­li­śmy do remon­tu i mamy szan­se nie otrzy­mać odszko­do­wa­nia. Się­gnę­li­śmy zatem do umo­wy ubez­pie­cze­nio­wej mia­sta i tu kolej­ne roz­cza­ro­wa­nie, bo z odszko­do­wa­nia wydę­bi­li­śmy nie­ca­łe 200 tys. zł, cho­ciaż kosz­ty remon­tu prze­kro­czy­ły kwo­tę 300 tys. zł. Oka­za­ło się, że ktoś z miej­skich urzęd­ni­ków zapo­mniał doko­nać prze­sza­co­wa­nia war­to­ści budyn­ku o kosz­ty kapi­tal­ne­go remon­tu, któ­ry za ponad 700 tys. zł został wyko­na­ny w 2021 roku. Na kore­spon­den­cyj­ne pyta­nie woje­wo­dy dol­no­ślą­skie­go „czy obiekt KSON‑u będzie pod­da­ny odbu­do­wie” pre­zy­dent mia­sta opo­wie­dział, że nie, ponie­waż KSON „doko­nał remon­tu we wła­snym zakre­sie”! Jesz­cze w mie­sią­cu lip­cu br. musie­li­śmy za wspo­mnia­ny wyżej piec CO dopła­cić kwo­tę ponad 4000 zł. , bo wyko­naw­ca gro­ził nam pro­ce­sem, a mia­sto nie chcia­ło pokryć kosz­tów urzą­dzeń ste­row­ni­czych pie­ca. Przy­po­mnij­my tak­że, że w 2010 roku, kie­dy to wyrzu­co­no nas z Pała­cy­ku przy ul. Gra­bow­skie­go, bo trze­ba było go sprze­dać za mar­ne 600 tys. zł., weszli­śmy do budyn­ku, któ­ry przez 20 lat był zamknię­ty i ule­gał degra­da­cji. Przez te lata poka­za­li­śmy, że jeste­śmy dobrym gospo­da­rzem, bo dzi­siaj jest to obiekt, w któ­rym jest czy­sto, pach­ną­co, nowo­cze­śnie i przy­jaź­nie. Nie da się jed­nak nie odczuć dys­kom­for­tu pią­te­go koła u wozu, bowiem wła­dze mia­sta zda­ją się tego nie dostrze­gać. Naszym zda­niem to wła­śnie wła­dze mia­sta powin­ny dostrzec moż­li­wość rato­wa­nia wspól­ne­go mająt­ku miesz­kań­ców poprzez pomoc w dostę­pie do dota­cji KARR. Sej­mik speł­niał warun­ki jej otrzy­ma­nia, bowiem jest przed­się­bior­stwem  spo­łecz­nym, zatrud­nia­ją­cym pra­cow­ni­ków na umo­wę o pra­cę. Nikt się jed­nak tym nie zain­te­re­so­wał, taką decy­zję mógł pod­jąć tyl­ko pre­zy­dent mia­sta, ale jej nie pod­jął, a infor­ma­cja o moż­li­wo­ści sfi­nan­so­wa­nia czę­ści robót popo­wo­dzio­wych dotar­ła do nas za póź­no, kie­dy pie­nię­dzy już nie było. No cóż —  takie infor­ma­cje jak widać „cho­dzą swo­imi dro­ga­mi.” Pró­bo­wa­li­śmy tak­że pro­sić pre­zy­den­ta o zna­le­zie­nie środ­ków na pokry­cie pozo­sta­łych zobo­wią­zań z tytu­łu remon­tu popo­wo­dzio­we­go i zwrot kosz­tów zabez­pie­cze­nia prze­ciw­po­wo­dzio­we­go tego obiek­tu przez zain­sta­lo­wa­nie spe­cjal­ne­go urzą­dze­nia ochron­ne­go, ale oczy­wi­ście dotych­czas nikt się nad tym nie pochylił.

Sej­mik utrwa­lił się w świa­do­mo­ści miesz­kań­ców Jele­niej Góry i oko­lic, że tu moż­na dostać pomoc pra­wie taką samą jaką świad­czą służ­by ratu­szo­we w odnie­sie­niu do osób star­szych i zagro­żo­nych wyklu­cze­niem. W wie­lu czyn­no­ściach zastę­pu­je­my urzę­dy, za co nikt nie bie­rze pie­nię­dzy. Jeste­śmy rów­nież wydaw­ca­mi dwóch gazet, radia i nowo­cze­sne­go stu­dia tele­wi­zyj­ne­go, ale nie zda­rzy­ło się, aby mia­sto powie­rzy­ło nam jakie­kol­wiek zada­nia infor­ma­cyj­ne, choć z tytu­łu takie­go mar­ke­tin­gu pono­si poważ­ne koszty.

Bo powódź może zabrać doro­bek wie­lu lat, ale ten test zaczy­na się wte­dy, gdy woda opad­nie. W KSON-ie ten test zda­li przede wszyst­kim ludzie – wolon­ta­riu­sze, dar­czyń­cy i pra­cow­ni­cy, któ­rzy wła­sny­mi siła­mi odbu­do­wa­li znisz­czo­ną sie­dzi­bę. Szko­da tyl­ko, że po raz kolej­ny oka­za­ło się, iż łatwiej liczyć na spo­łecz­ną soli­dar­ność niż na insty­tu­cje, któ­re powin­ny tę soli­dar­ność wspie­rać. I tak toną nadzieje.